21 października 2017 – deszcz

Dodano 21 października 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Pada. Niby nic dziwnego w jesiennej Polsce, ale przygnębienie od razu siada ciężko na głowie i w klatce piersiowej. Zaczynają pojawiać się niezbyt wesołe myśli, tak znikąd, ale uporczywie. Brakuje radości słonecznego poranka, chociaż jesteśmy u siebie w Wildze.

Czytanie też nie zdejmuje przygnębienia, bo już po chwili czytnik czy książka wypadają z ręki. Poranna lektura „Polityki” niekiedy przyprawia o bezsilną wściekłość, a niekiedy o chęć ubliżania całemu światu. Dopiero widok ptaków, które z niebywałym apetytem atakują karmniki z ziarnem słonecznikowym, zapach jesieni i butwiejących liści trochę pomaga na zmianę nastroju.

Otagowane:  

09 sierpnia 2017 – Krzysiek

Dodano 9 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Prawie miesiąc temu wracałem z Białegostoku ze smutnego ośrodka dla cudzoziemców. Zamkniętego. Wrażenie robi z początku dobre, potem, w miarę przebywania w nim, coraz bardziej przygnębiające. Niby mogą wychodzić pograć w piłkę, ale jednocześnie tylko o oznaczonych porach. A poza tym mury wzniesione za pieniądze Unii Europejskiej. Rozmowa z uchodźcami też nie należy do przyjemnych, dlatego odetchnąłem, kiedy po kilku godzinach pracy znalazłem się poza rozległym terenem Straży Granicznej.

Na przystanku autobusowym czekałem na autobus, który miał dopiero nadjechać za dwadzieścia minut. Koło mnie zatrzymał się chłopak i poprosił o ogień. Po chwili okazało się, że idziemy w tym samym kierunku, jest blisko do dworca, nie warto więc czekać. To był Krzysiek.

Pracuje na budowie. Wiele już umie, ale jeszcze nie wszystko. Szefowie dobrze mu płacą i wcale nie chcą się go pozybyć. Dorabia popołudniami prywatnie. Ludzie go cenią, bo jest dokładny. Jego największą pasją są jednak samochody i motocykle. Sam złożył Yamahę Ninja 1350. Silnik kupił. „Wuja mi powiedział, że mam dryk, bo motor po złożeniu się nie rozpadł”, opowiadał, kiedy szliśmy bardzo szybkim krokiem. Potem były próby. Też wypadły dobrze – na lotnisku maszyna pokazała, co potrafi. Samochód mam w garażu – opowiada, kiedy ja już zaczynam lekko dyszeć – teraz w szopie, BMW, ale podszykuję. I chałupę też postawię. Rodzice dali ziemię. Wszystko powoli. I narzeczona też jest, już drugie dziecko będziemy mieli.

A potem już tylko dworzec kolejowy…

Otagowane:  

Nie wiem, czy mam traktować to, co mnie spotkało jako przejaw „dobrej zmiany”, czy jako jeszcze jeden przejaw naszego idiotyzmu. Niech będzie „dobra zmiana”.

Poszedłem rano do bankomatu po pieniądze. Ostatnio nasz nowy! bankomat lubuje się w wydawaniu wysokich nominałów, dlatego otrzymałem dwusetki. Ponieważ było kilka minut po ósmej, wszedłem do oddziału, że by chociaż jedną rozmienić. Pusto, same kasjerki czekają na klientów-emerytów. Pytam grzecznie i otrzymuję grzeczną i stanowczą odpowiedź: „nie rozmieniamy pieniędzy”, ale może Pan wpłacić, a następnie wypłacić pieniądze, a wtedy ja Panu wydam nominały, jakich Pan sobie życzy”. Zatkało mnie, a potem zacząłem się głośno śmiać i dynamizować głos. Zapytałem, czy jestem w domu wariatów i dowiedziałem się, że „mamy taki system”. Cóż było robić? Dokonałem dwu operacji i miałem już kupkę dwudziestozłotówek w ręku.

A teraz wnioski. Idiotyzm? Z pewnością. Przemyślane działania blokujące pozbywanie się gotówki? Być może. Segregacja bankowa? Z pewnością, bo klient innego banku nie będzie w stanie rozmienić pieniędzy. Jeszcze jeden kamyczek do „dobrej zmiany”, bo PKO BP, to jest bowiem ten słynny bank, jest patriotyczny i polski. Socjalizm, kochani, powoli wraca, jeszcze się nie rozpędził, ale nabiera chyżości.

Otagowane:  

02 czerwca 2017 – A ile?

Dodano 3 czerwca 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Rano. Jesteśmy już w domu po wczorajszej wycieczce do Gdańska. Włączyłem „Moją składankę” przygotowaną mi przez YoutTube – ot tak,  żeby zobaczyć, jak mnie profilują. I oto pierwszym utworem jeste „A ile”? Jacka Kleyfa. Wsłuchałem się w słowa, które przecież świetnie znam, bo są proste i krótkie. I czyżby kolejna ilumnacja? To już druga. Uczucie jest niezwykle krótkie, ale bardzo dotkliwe. Nie wiem, czy przyjemne. Tym razem wiem, że mam dawać świadectwo. Nie wielkie, nie szaleńczymi czynami, na które mnie nie stać. Mam…. nie wiem, co mam robić. Wiem tylko, że mam odnalezć ponownie równowagę. Bez niczego nie da się już zrobić. Nie zastanawiam się, jak to zrobić, wiem, że tak trzeba. Przecież to jest iluminacja.

Równowaga uczuć i myśli przyszła chyba wczoraj, kiedy weszliśmy do nowoczesnego gmachu Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W środku pokazano chyba istotę wojny. Piszę „chyba”, bo przecież nie przeżyłem osobiście tego zjawiska. Tam było wszystko, pokazane w niezwykłej równowadze. Nie tylko my byliśmy ofiarami tego, co sobie ludzie zgotowali. Inni też. A w tym koszmarze było też życie. I wszystkie elementy znakomicie wyważone.

Najtrudnie było przejść przez salę, w której na przezroczystych stelażach umieszczono setki fotografii anonimowych kobiet, mężczyzn i dzieci żydowski mordowanych tylko dlatego, że byli Żydami.

02 kwietnia 2017 – wielki siew

Dodano 2 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Od kilku dni zdaje się nam, że mamy omamy. Na dworze coś szumi, a właściwie sycząco chrzęści. Ptaki zagłuszają ten głos swoimi przenikliwymi, powtarzającymi się trelami, ale to jest ciągle w tle. Jak szum w usza, ale nie taki stały, gdzieś z tyłu głowy, jak ostry lecz cichy trzask, jak gdyby coś chodziło po korze i drobnymi, choć licznymi pazurkami próbowało ją zedrzeć. Odwracam się w inną stronę, a on znowu jest. Czasem myślę, że odbija się od ściany domu. Nie, to niemożliwe, bo w lesie też go słyszę. Niczego nie widzimy, ale ciągle do nas dociera. Małe pazurki po korze, niby wiewiórka, ale mnoga.

Trwa to dzień, dwa, trzy. Mam wrażenie, że osypuje się las. Bez przerwy, nieustannie drapie w uszy, choć nie jest to dźwięk męczący. Nigdy przedtem go nie słyszeliśmy. Teraz, kiedy jesteśmy tu znacznie dłużej, dociera do nas nowa mowa lasu. Tej jednak nie znamy. Każda chwila przerwy w pracy, każdy moment niby-ciszy jest przepełniony tym dźwiękiem. Omam? Natręctwo?

Siedzimy dzisiaj przy południowej kawie wzmocnionej gevürztraminerem i wsłuchujemy się, patrząc w las. W pewnej chwili na stole zaczynają osiadać niewielkie niby-strączki z czymś na kształt piórka z jednej strony. Las zaczął wielkie sianie. Z szyszek wypadają kandydatki i kandydaci na nowe sosny i świerki. Lecą stadem, padając wszędzie. Za kilka miesięcy będzie wokół nas wiele nowych, soczyście zielonych pędów. A my będziemy chodzili po lesie i je wyrywali.

Otagowane:  

25 marca 2017 – długa, jałowa podróż

Dodano 25 marca 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Dzień pierwszy

Znowu dałem się namówić na wyjazd. Już nie wiem, czy to pazerność, czy też pogoń za przygodą. Wmawiam sobie, że to drugie.

Jadę do Koszalina do sądu za L. Do Kołobrzegu pędzi już Pendolino i to z Krakowa! Prawie pięć godzin jazdy, ale przynajmniej jednym pociągiem. W Koszalinie ciemno. Idę do hotelu, gdzie wydaje się, ze nikogo nie ma. Pustawo i dosyć smutno. Ostatnio łapię się, że chcę rozmawiać z ludźmi. Ot, byle rozmawiać. Rozmowy te są miałkie, ale przynajmniej jest kontakt.

Dzień drugi

Ranek pochmurny. Trochę kropi. Ludzi na ulicy mało. Śniadanie bylejakie. Idę spacerem do gmachu sądu. trochę pod górkę, trochę w dół. Smutno. Wewnątrz też pusto. Gmaszysko jest ogromne. Mieści się tutaj wiele instytucji publicznych. W oczy rzuca się tablica z napisem „Instytut Pamięci Narodowej”. Może dlatego, że jest na wysokości, z której jestem w stanie ją odczytać. Pozostałe są dla mnie zagadką.

Rozprawa o kopanie w samochód i pobicie. Nie ma oskarżonego. Jest jeden świadek. Mam więc okazję si.ę popisać i tłumaczę jedynie: „odmawiam składania zeznań”. No i już. Sędzia zwalnia mnie dopiero wtedy, kiedy rozprawa się kończy. A więc zarabiam 105,80 brutto. Same koszty to około pięciuset złotych (przejazd i podróż).

Do Poznania mam słabe połączenia. Autobusów nie ma, jedynie pociąg, na który muszę czekać trzy godziny. Organizuję czas kawą i książką w postaci elektronicznej. Sama jazda jest długa, kible śmierdzą albo moczem, albo papierosami. Czytam. Znowu kilka książek naraz.

W Poznaniu zatrzymuję się w „Palazzo Rosso”, hotelu wynajętym przez mojego zleceniodawcę. Położony w centrum miasta w dwu odnowionych kamienicach. Przytulny i bardzo czysty. Pokoje dosyć małe, ale to nie problem. Na parterze włoska restauracja, a w piwnicy pizzeria i winiarnia. Bardzo tam przyjemnie. Pizza rzeczywiście świetna. Po raz pierwszy nie zapytano mnie, na jakim cieście sobie życzę. Przecież pizza jest ZAWSZE na cienkim cieście. To samo z turecką pide. Popijam więc wino, rozmawiam z niezwykle miłym personelem i jest mi mieszczańsko dobrze. Zasypiam błyskawicznie. Rano trzeba wstać i w drogę.

Dzień trzeci

B. dzwoni, że już jadą. Jest Ford Transit (to się nazywa „Berliński Express”). Zbieramy po drodze kolejnych uczestników i w drogę. Jeden z nich wiezie analizator i martwi się, jak go potem wywieźć z Turcji. A poza tym jest to skomplikowane urządzenie, które może wywołać niezdrowe zainteresowanie służb bezpieczeństwa.

Do Świebodzina jedziemy równo. Mamy samolot o pierwszej, a więc jest sporo czasu. Pogadujemy o tym i owym, moi zleceniodawcy rozmawiają nieustanie, ale krótko, przez telefony, bo ciągle się coś zmienia. To duża firma pomiarowa, a więc ma co robić nawet w Turcji.

W pewnej chwili zwalniamy, a w końcu stajemy. Okazuje się, że jakieś sto metrów przed nami wydarzył się wypadek. Samochód osobowy uderzył w tył serwisowej półciężarówki Autostrady Wielkopolskiej, zgniatając ją w harmonijkę. To cud, że kierowca wyszedł z tego cało. W półciężarówce nie było nikogo. No i zaczęło się oczekiwanie. Najpierw przyjechała straż. Korek sięgał już kilku kilometrów. Nikt nie zapewnił albo wyscofywania, albo otwarcia barier i uruchomienia jednego pasa z drugiej strony. Przyjechała straż pożarna. Za nami też zdarzył się wypadek. Podobno kieriwca miał zablokowane nogi. Stoimy. Potem przyjechała policja. Kierowcę, który spowodował wypadek, karet odwiozła do szpitala. Trzeba było stwierdzić, czy ma obrażenia, bo w takim wypadku zdarzenie zostanie zakwalifikowane jako „wypadek” a nie jako „kolizja”. Trwa to wszystko ponad trzy godziny. Przyjeżdżają technicy, którzy na kartce papieru rysują szkic wypadku. Nie ma mowy o zdjęciach i aplikacjach wyliczających drogę hamowania. Nic nie ma.

A my tracimy samolot za samolotem. Wreszcie ruszamy. Udaje się zarezerwować samolot odlatujący do Stambułu o dziewiętnastej.

Lecimy THY i lądujemy w Stambule po północy tamtejszego czasu (dwie godziny różnicy). Kolejka cudzoziemców do odprawy paszportowej jest niezwykle długa. Myślałem, że o tak późnej porze będzie już spokój. Przechodzimy wreszcie i udaje się nam zdążyć na ostatnie ruchy taśmy bagażowej.

Hotel jest w pobliżu, ale taksówkaż nie wie, jak tam dojechać. M. włącza nawigację i wtedy wszystko się wyjaśnia. Podrzędny hotel, ale blisko lotniska.

Dostajemy pokoje. Mój tak śmierdzi papierosami, że muszę go wymienić. Otwarte okno przyprawia mnie o ból głowy. Chociaż wychodzi na uliczkę, to co chwila przejeżdżają nią ciężarówki. Ryk w pokoju jest nie do wytrzymania. Zamknięcie okna powoduje od razu zaduch. Miotam się więc w półśnie.

Dzień czwarty

Zawirowania z naszym przyjazdem powodują, że musimy przesuwać rozmowy na popołudnie. Po nędznym śniadaniu jedziemy na lotnisko, a stamtąd do Sivasu. Lot jest spokojny, bo nad Turcją pogoda bazchmurna. Samolot jest pełny. Coraz więcej kobiet w czarnych płaszczach i chustkach na głowie.

Wita nas śnieg na polach. Leży w wyżej położonych miejscach. Jest kilka stopni powyżej zera. Wynajętym samochodem jedziemy kupić ozdobne torebki na prezenty. Nie możemy ich nigdzie znaleźć. Miotamy się po centrum, ale nikt nie umie nam pomóc, bo to element tu nieznany. Wreszcie znajdujemy dosyć ozdobny papier.

Jedziemy do Kangal. To dziewięćdziesąt kilometrów. Tam już na nas czekają. Turcy wybudowali kolejny odcinek dwupasmowej drogi. Idzie im to znakomicie. Krajobraz jak zwykle ponury, jedynie śnieg go trochę ożywia.

Zaczynamy dyskusję w ogronie przegrzanej sali. Może to element negocjacji, a może tylko chęć ogrzania się. Na zewnątrz jest rzeczywiście zimno, ale powietrze jest przejrzyste i ostre. Negocjacje też są ostre, ale obydwie strony się usztywniły i nic z tego nie wyszło. Około ósmej kończymy z niczym. Powrót do Sivasu to znowu ponad godzina jazdy.

Okazuje się, że dziewczynka w recepcji, która udawała, że rozumie po angielsku, zlikwidowała nam rezerwację. Miała tylko ją przesunąć. Teraz już nie ma miejsca. P. wpada we wściekłość. Jedziemy do poleconego przez nią hotelu. Jest czysty, ale nie ma restauracji, a my od rana nic nie jedliśmy. Wracamy więc do kolegów z „Büyük Otel”u (w czasie mojej nieobecności pojawił się tu również Hilton) na kolację. Sala zupełnie pusta. Przy jednym stoliku siedzi grupa Turków popijających rakı.

Z prezentów pozostaje nam jedna żubrówka, którą wypijamy w sześciu z sokiem jabłkowym. Nocne Polaków rozmowy też jakoś mało polityczne. Bardziej gadamy o świecie, jego powstaniu, bozonach Higgsa niż o polityce. Trochę się jednak o niej mówi. Nasz główny ideolog też jakoś zmarniał. Może zmęczony, a może mu się trochę odwidziały obecne rządy. Idziemy spać po dwunastej. Trzeba znowu wstać rano.

Dzień piąty

To już tylko powrót. Sivas – Stambuł bez kłopotu. Potem krótkie oczekiwanie na samolot do Berlina. Lecimy firmą Pegazus i lądujemy na Sabiha Gökçen. To całkiem spore lotnisko, a ruch na nimjak na lotnisku Atatürka. Większość lotu przesypiam.

„Berlin Express” już czeka. Znowu śpimy. Wysiadam w Świebodzinie, czekam godzinę i mam pociąg do Poznania, a potem od razu do Warszawy. TLK jest pełne. Jakiś Hiszpan prowadzi długą biznesową rozmowę przez telefon. Zracam mu uwagę i przestaje. To ma swoje złe strony, ponieważ telefony dzwonią, a wszyscy wychodzą, przeszkadzając w drzemce. Do domu docieram około dziewiątej. Uf!!!

Otagowane:  

11 marca 2017 – Saryusz etc.

Dodano 11 marca 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Saryusz

Odczuwam coś w rodzaju współczucia. Z jednej strony okrzyczany wielkim ekspertem (i pewnie tak jest), z drugiej człowiek, który już miał dość braku rozwoju kariery. Czyli ambicje i chęć „rozwoju” w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat. Dziwne? Nie, wręcz chwalebne, tyle tylko że wybór drogi okazał się wielkim nieporozumieniem. Zapewne wielu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego to zrobił. Czy nie mógł zadowolić się tym, co ma? Odpowiadam: nie mógł. No to dlaczego poszedł na „układ” z PIS? Może psycholodzy mogliby dodać tu jakąś zgrabną teorię. Nie znam się na tym. Intuicja podpowiada mi, że do Pana Jacka przyszedł doktor A. i powiedział: Panie Jacku, zaczynamy tonąć. Teraz już czas na to. Nie ma odwrotu. Szkoda, że tak wcześnie.

 

Duda

Ilekroć pojawia się to nazwisko, ba, zawołanie, roją mi się w głowie głupawe wierszyki, a męski rym „uda” nie daje mi spokoju. To już nie chodzi o prezydenta, ale o emanację jego postępowania wyrażoną w nazwisku. Wiem, nie powinno się kpić z nazwisk, ale rzecz nie w tym. Wystąpienia, język, głos – wszystko jest takie sam0, „nierozwojowe”, monotonne, bez wyrazu. Ten sam bodziec powoduje znieczulenie organizmu, w moim wypadku percepcji. Tu już nie ma miejsca na oburzenie, jest już tylko miejsce na współczucie. Czy jestem aż tak wielkoduszny? Chyba jeszcze nie. Mieć prezydenta i go nie mieć, to podwójna strata – jak mawiał dobry prorok Lebioda.

07 marca 2017 – wiosenne porządki

Dodano 7 marca 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Odcięci od wszystkich, połączeni tylko nicią telewizora, który włączamy wieczorem, żeby obejrzeć film lub podłączyć komputer w tym samym celu (to znacznie częściej), a w ciągu dnia TeleSur, bo tam przynhajmniej zaczynamy coś rozumieć, zaczynamy koncentrować się na otoczeniu. Wokół nikogo. Jedynie w sobotę przyjechali właściciele, żeby sprawdzić, co się stało po zimie z ich majątkiem. Da się tego zrozumieć po dźwięku jadących Lipową aut. Wieczorami całkiem ciemno. Niekiedy H. zaświecą i zadymią, ale to nadzwyczajna sprawa.

W takim otoczeniu koncentrujemy się na nauce, pracy (ja) i sprzątaniu. Jak emeryci (przecież to prawie prawda), sprzątamy trawnik z jesiennych liści (te brzozowe są najtrudniejsze do sprzątania). Ja nawożę iglaki. Naliczyłem około pięćdziesięciu nasadzeń. D. pracuje w swoim ogórku. Nawozy azotowe, czyszczenie etc. Niby nic niezwykłego, ba, standardowo, ale jakże radośnie, kiedy jest piękna pogoda. Tak było w niedzielę.

Teraz znowu w stolicy i – jak zwykle – bolszewickie wiadomości. Teraz, dzięki mediom, spotkanie z rzeczywistością jest nie tylko szybsze, ale bardziej dotkliwe. Trudno się wraca po dniach, które wydają się być tylko dla nas.

Otagowane:  

Chrześcijanin dwu prędkości

No i coraz bardziej się sankcjonuje model „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą”. To są politycy. Przede wszystkim ci, którzy mają na ustach chrześcijaństwo. A to wyznanie jest mi ogromnie bliskie. Mamy więc grożenie karami (Kaczyński) i jednocześnie klęczenie u Benona w otoczeniu ochrony. Z jednej strony typowe znamiona mściwości, a z drugiej – nic. A gdzie Ewangelia w polityce? Rządzący są przykładem. Poprzednio już było źle, ale teraz jest znacznie gorzej. Słynne „tak, tak – nie, nie” poszło do lamusa. A instytucja ewangelizacyjna? Szkoda słów. Trzeba wracać do pierwocin, do mszy w domach, jaskiniach, katakumbach i żyć jak On nakazał. Problem tylko z tym „co cesarskie”, ale może nie taki wielki. W owym czasie sprawa była jasna i bardzo trudna – cesarz był poganinem. A dzisiaj?

Nie ma u nas myszów

Od kilku tygodni sprząta u nas I. Kobieta niezwykle energiczna, młoda wdowa z trójką dzieci – dwojgiem starszych i jednym całkiem małym. Po śmierci męża nauczyła się prowadzić samochód. Jest zdecydowana w poglądach, stara się związać koniec z końcem, jest szanowana we wsi przez takie tuzy jak właściciele największych lokalnych biznesów. Lubi zwierzęta, ale ma do nich podejście trochę wiejskie, czyli przede wszystkim użytkowe. Nie ma problemu z tym, że jej foksterier zagryzie kreta. No i wreszcie myszy. U niej „nie ma myszów”. Chyba trzeba przewartościować przypisywanie temu pospolitemu gryzoniowi rodzaju. Mysz to u Pani I rodzaj męski. I to się zgdza z regułami gramatycznymi. A „mysza” to żeński. I pani I. żyje z tym w pełnej zgodzie. Nareszcie mamy trochę plotek ze wsi, chicaż muszę je wyciągać. Np. ksiądz to pijak i hazardzista. Nie wiem, czy to prawda, ale ma swój koloryt.

23 grudnia 2016 – wstyd

Dodano 23 grudnia 2016, w Bez kategorii, przez cichy

Chciałem posłuchać rano Ewy Błaszczyk z Orkiestrą na Zdrowie, odkryłem bowiem wczoraj „Piosenkę nocnoautobusową” w jej wykonaniu i przez chwilę zaparło mi dech z zachwytu. W poszukiwaniu tego klipu natknąłem się na moją ulubioną orkiestrę cygańską z Barcelony. Tym razem „Ederlezi” z Bejrutu. Przesuwają się zdjęcia – przede wszystkim dzieci – stare i nowo, w czerni i bieli, kolorowe, bardzo smutne i wesołe. A w tle muzyka… Byłem w Bejrucie, to już chyba trzy lub cztery lata temu. A może jeszcze więcej. Kwintesencja miasta. Miejskość aż przytłacza i pociąga. A dzisiaj rano wstyd.

D. wczoraj w tramwaju. Żebrzący człowiek o oliwkowej karnacji i wielka baba, która zwraca się do niego, jak gdyby jednocześnie szukając u niej potwierdzenia. „Nauczyłbyś się lepiej jakiejś kolędy”, doradza i gani. „Wściekłam się” – opowiada D. – „wyjęłam dwa złote i dałam człowiekowi, czego zazwyczaj nie robię, a babie powiedziałam, że przecież on nie musi znać żadnej kolędy”. Widzę scenę z „Wielkiego Tygodnia” – baba krzycząca „Żydówica”. Wstyd.

Słucham „Nowolipia” Hena. Mało – jak dotychczas – opisów polskiego antysemityzmu, ale jeżeli już są, to serce ściska wstyd.

Otagowane:  

  • RSS