27 listopada 2017 – A

Dodano 28 listopada 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Z. poleciała do dzieci. Na krótko, a ja rozpakowałem to, co mi przekazała po A. To dziwne, eleganckie, mogę powiedzieć: dyplomatyczne e-papierosy. Nauczyłem się nawet je palić. Tu wujek Google pomógł mi wydatnie. Smak Dunhili ledwie się wyczuwa, ale jest elegancko.

A. – nie pisałem o nim od daty pogrzebu, bo nie mogłem. Kiedy dowiedziałem się, że odszedł, skoncentrowałem się tak mocno na rozmowie z nim, że nie byłem nawet chętny do pisania. Wsłuchiwałem się w to, co może mi jeszcze powiedzieć. Cisza. Odszedł i została pustka.

Teraz powoli, może właśnie za sprawą tych eleganckich nośników małej trucizny, zaczyna się czas wspomnień, a właściwie przypominania sobie tego, co mi mówił, a dla mnie stanowiło to pewnego rodzaju drogowskaz.

Bardzo mi brakowało w ostatnim czasie jego pomysłów na politykę, analiz i „pokrętnej logiki”, jak kiedyś określił jego rozumowanie Prof. Skubiszewski. Jego myślenie było często dla mnie zaskakujące. Ja tak nie potrafię widzieć świata. Jego uszczypliwość miała coś ożywiającego moje myślenie. Kiedyś mnie denerwowała, ale potem zrozumiałem, że była pozbawiona złych intencji. Nie ukrywam, że zabrało mi to nieco czasu.

Nie ma go, a ja we wtorki zaczynam odczuwać samotność. Trzydzieści lat spotkań tego samego dnia, to nie w kij dmuchał. Kawał czasu. Można było przywyknąć, ale można było się uczyć. Ja się uczyłem.

24 listopada 2017 – garść refleksji nad ranem

Dodano 24 listopada 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Znowu bezsenność, ale dziwna. Budzę się w tym roku o różnych porach nocy. Dzisiaj to druga z mienutami. Czuję się wyspany. Próbuję przez pięć minut jeszcze poleżeć, ale ponieważ senność nie wraca, biorę się za lekturę. Dr Skalski powiedział, żeby wstawać i robić cokolwiek, byle nie leżeć. Ale nie jest to takie proste, kiedy obok śpi żona i pies. Włączam więc czytnik, którego światło im nie przeszkadza i pogrążam się w lekturze. Ruch głowy nie powoduje senności, a więc wszystko wskazuje na to, że chęć drzemki przyjdzie dopiero w południe. Przede mną jest więc dużo wrażeń i pracy wyobraźni.

*   *   *

Wczoraj w sądzie dla Mokotowa. Okropne miejsce. Czuję się tam jak w PRL-owskim urządzie. Mało miejsca, wąskie korytarze, drzwi w peerelowskim beżu, szafy na korytarzach. Na każdej numer inwentaryzacyjny i oznaczenie wydziału.

Odczytanie wyroku. Jest ogromny, chociaż większość elementów jego tekstu się powtarza. Pobiłem rekord w tempie przekładu i w kleceniu zdań, czego zapewne w pełni nie zrozumieli podsądni, bo czekali tylko na to, czy zostaną zwolnieni. I to ich interesowało. Sędzia się zmęczył czytaniem, a ja bałem się, że mi śliny nie starczy. Nie jestem z siebie zadowolony.

*   *   *

K. są na wybrzeżu. Zmiana klimatu miała im pomóc w zwalczaniu alergii. U A. się taka odmiana chyba sprawdza, T. się w niej pogrąża.

Najpierw musieli sobie posprzątać, bo w domu, w którym mieszkają, nikogo nie było od kilku miesięcy. Mieli przynajmniej namiastkę plaży w domu. Na piętrze wykładziny podłogowe fantastycznie chłoną piasek z letnich spacerów po plaży oraz sierść psa. Warunki idealne. Ulubiony telewizor A. nie działa, bo albo nie umieją go włączyć, albo nie jest opłacony abonament. To samo z internetem. Korzystają od sąsiada, ale podobno jest słaby sygnał. Ot, życie w cudzych pokojach.

*   *   *

Czytam „Królestwo” Carrere’a i ogarnia mnie huśtawka nastrojów: od zachwytu do rozczarowania francuską przyziemnością intelektualną i literacką. Sam pomysł na śledztwo z poszlak na podstawie Dziejów Apostolskich i ewangelii Łukasza jest niezwykle interesujący. Opis starożytnego świata kultury i myśli pierwszego wieku po Chrystusie bardzo plastyczny. Potem zaczynają się rozważania poparte asocjacjami z teraźniejszości i niezbyt odległej historii – niektóre błyskotliwe, ale wiele budzi poważne wątpliwości estetyczne.

*   *   *

Wróciłem do „Nocy w Lizbonie” Remarqaue’a. Kiedyś to była powieść, która chyba najbardziej mną wstrząsnęła. Nie Łuk Triumfalny, nie Trzej Towarzysze, czy Czarny Obelisk. Tamte powieści były wydarzeniami artystycznymi. Ta może nie była aż tak dopracowana, ale za to ogromnie poruszająca. Wtedy napisałem wypracowanie, w którym starałem się obalić hemingwajowskie „człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać”. Pisałem na podstawie „Nocy w Lizbonie”. Nie wiem, na ile mi się to udało, ale pamiętam, ze byłem poruszony do głębi. Teraz czytam i ciągle wyświetlają mi się przed oczami imigranci: ci z Aleppo i ci, którzy chcą mieć lepsze życie. Obydwie grupy chcą mieć lepsze życie, ale ciężar ich przeżyć jest niewspółmierny. A my na ich los patrzymy tak spokojnie, tak obojętnie, bo łatwo się patrzy ze sztucznie sadzonego lasu, sprzed telewizora, czy piwiarni. I nie ma na to rady. Dopiero Wielki Eksperyment, czyli wojna lub Nędza mogą ożywić w nas sumienia. I tak też się pewnie stanie z tym, co się tu w kraju dzieje.

Otagowane:  

28 października 2017 – ach, ten czas

Dodano 29 października 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Obudziłem się o szóstej. Tak jak zwykle. Nic nadzwyczajnego. Prawie brzask. Pierwszą myślą na jawie była zmiana czasu. Sięgnąłem po zegarek i zmieniłem godzinę. Kiedy wstaliśmy, zobaczyłem, że w telefonie komórkowym godzina się nie zmieniła. No to od razu do biura obsługi klienta ze skargą. A tam miła panienka poinformowała mnie, że dzisiaj jest sobota, i że czas zmieniamy dopiero w niedzielę.

Zabawne? Żałosne? Starość? Nie, to pobyt na działce zdejmuje z dni imiona i milowe słupy ragularnego, wyznaczanego miastowymi życia. Tu się po prostu żyje, tu (…) oprócz istnienia nic cię nie obchodzi (…), jak pisał poeta (kto, Koteczki?).

Skończyłem „Balladę o pewnej panience” Twardocha. Wiele znakomitych opowiadań. W większości też świetnie czytanych. Od gangsterskiej atmosfery Warszawy (to jeszcze napisał, zdaje się, przed „Królem”), po śląskie rozterki. Nie ma dłużyzn, fabuła i refleksja niekiedy dotkliwie bolesne. No i przemijanie, wtapianie się w ziemię-historię. Napisałem na Biblionetce pierwszy emocjonalny komentarz.

W poniedziałek znowu Lublin. Sprawa domniemanego gwałtu. Przykra i skomplikowana sprawa. Podsądny przyjechał na rozprawę.

21 października 2017 – deszcz

Dodano 21 października 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Pada. Niby nic dziwnego w jesiennej Polsce, ale przygnębienie od razu siada ciężko na głowie i w klatce piersiowej. Zaczynają pojawiać się niezbyt wesołe myśli, tak znikąd, ale uporczywie. Brakuje radości słonecznego poranka, chociaż jesteśmy u siebie w Wildze.

Czytanie też nie zdejmuje przygnębienia, bo już po chwili czytnik czy książka wypadają z ręki. Poranna lektura „Polityki” niekiedy przyprawia o bezsilną wściekłość, a niekiedy o chęć ubliżania całemu światu. Dopiero widok ptaków, które z niebywałym apetytem atakują karmniki z ziarnem słonecznikowym, zapach jesieni i butwiejących liści trochę pomaga na zmianę nastroju.

Otagowane:  

09 sierpnia 2017 – Krzysiek

Dodano 9 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Prawie miesiąc temu wracałem z Białegostoku ze smutnego ośrodka dla cudzoziemców. Zamkniętego. Wrażenie robi z początku dobre, potem, w miarę przebywania w nim, coraz bardziej przygnębiające. Niby mogą wychodzić pograć w piłkę, ale jednocześnie tylko o oznaczonych porach. A poza tym mury wzniesione za pieniądze Unii Europejskiej. Rozmowa z uchodźcami też nie należy do przyjemnych, dlatego odetchnąłem, kiedy po kilku godzinach pracy znalazłem się poza rozległym terenem Straży Granicznej.

Na przystanku autobusowym czekałem na autobus, który miał dopiero nadjechać za dwadzieścia minut. Koło mnie zatrzymał się chłopak i poprosił o ogień. Po chwili okazało się, że idziemy w tym samym kierunku, jest blisko do dworca, nie warto więc czekać. To był Krzysiek.

Pracuje na budowie. Wiele już umie, ale jeszcze nie wszystko. Szefowie dobrze mu płacą i wcale nie chcą się go pozybyć. Dorabia popołudniami prywatnie. Ludzie go cenią, bo jest dokładny. Jego największą pasją są jednak samochody i motocykle. Sam złożył Yamahę Ninja 1350. Silnik kupił. „Wuja mi powiedział, że mam dryk, bo motor po złożeniu się nie rozpadł”, opowiadał, kiedy szliśmy bardzo szybkim krokiem. Potem były próby. Też wypadły dobrze – na lotnisku maszyna pokazała, co potrafi. Samochód mam w garażu – opowiada, kiedy ja już zaczynam lekko dyszeć – teraz w szopie, BMW, ale podszykuję. I chałupę też postawię. Rodzice dali ziemię. Wszystko powoli. I narzeczona też jest, już drugie dziecko będziemy mieli.

A potem już tylko dworzec kolejowy…

Otagowane:  

Nie wiem, czy mam traktować to, co mnie spotkało jako przejaw „dobrej zmiany”, czy jako jeszcze jeden przejaw naszego idiotyzmu. Niech będzie „dobra zmiana”.

Poszedłem rano do bankomatu po pieniądze. Ostatnio nasz nowy! bankomat lubuje się w wydawaniu wysokich nominałów, dlatego otrzymałem dwusetki. Ponieważ było kilka minut po ósmej, wszedłem do oddziału, że by chociaż jedną rozmienić. Pusto, same kasjerki czekają na klientów-emerytów. Pytam grzecznie i otrzymuję grzeczną i stanowczą odpowiedź: „nie rozmieniamy pieniędzy”, ale może Pan wpłacić, a następnie wypłacić pieniądze, a wtedy ja Panu wydam nominały, jakich Pan sobie życzy”. Zatkało mnie, a potem zacząłem się głośno śmiać i dynamizować głos. Zapytałem, czy jestem w domu wariatów i dowiedziałem się, że „mamy taki system”. Cóż było robić? Dokonałem dwu operacji i miałem już kupkę dwudziestozłotówek w ręku.

A teraz wnioski. Idiotyzm? Z pewnością. Przemyślane działania blokujące pozbywanie się gotówki? Być może. Segregacja bankowa? Z pewnością, bo klient innego banku nie będzie w stanie rozmienić pieniędzy. Jeszcze jeden kamyczek do „dobrej zmiany”, bo PKO BP, to jest bowiem ten słynny bank, jest patriotyczny i polski. Socjalizm, kochani, powoli wraca, jeszcze się nie rozpędził, ale nabiera chyżości.

Otagowane:  

02 czerwca 2017 – A ile?

Dodano 3 czerwca 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Rano. Jesteśmy już w domu po wczorajszej wycieczce do Gdańska. Włączyłem „Moją składankę” przygotowaną mi przez YoutTube – ot tak,  żeby zobaczyć, jak mnie profilują. I oto pierwszym utworem jeste „A ile”? Jacka Kleyfa. Wsłuchałem się w słowa, które przecież świetnie znam, bo są proste i krótkie. I czyżby kolejna ilumnacja? To już druga. Uczucie jest niezwykle krótkie, ale bardzo dotkliwe. Nie wiem, czy przyjemne. Tym razem wiem, że mam dawać świadectwo. Nie wielkie, nie szaleńczymi czynami, na które mnie nie stać. Mam…. nie wiem, co mam robić. Wiem tylko, że mam odnalezć ponownie równowagę. Bez niczego nie da się już zrobić. Nie zastanawiam się, jak to zrobić, wiem, że tak trzeba. Przecież to jest iluminacja.

Równowaga uczuć i myśli przyszła chyba wczoraj, kiedy weszliśmy do nowoczesnego gmachu Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W środku pokazano chyba istotę wojny. Piszę „chyba”, bo przecież nie przeżyłem osobiście tego zjawiska. Tam było wszystko, pokazane w niezwykłej równowadze. Nie tylko my byliśmy ofiarami tego, co sobie ludzie zgotowali. Inni też. A w tym koszmarze było też życie. I wszystkie elementy znakomicie wyważone.

Najtrudnie było przejść przez salę, w której na przezroczystych stelażach umieszczono setki fotografii anonimowych kobiet, mężczyzn i dzieci żydowski mordowanych tylko dlatego, że byli Żydami.

02 kwietnia 2017 – wielki siew

Dodano 2 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Od kilku dni zdaje się nam, że mamy omamy. Na dworze coś szumi, a właściwie sycząco chrzęści. Ptaki zagłuszają ten głos swoimi przenikliwymi, powtarzającymi się trelami, ale to jest ciągle w tle. Jak szum w usza, ale nie taki stały, gdzieś z tyłu głowy, jak ostry lecz cichy trzask, jak gdyby coś chodziło po korze i drobnymi, choć licznymi pazurkami próbowało ją zedrzeć. Odwracam się w inną stronę, a on znowu jest. Czasem myślę, że odbija się od ściany domu. Nie, to niemożliwe, bo w lesie też go słyszę. Niczego nie widzimy, ale ciągle do nas dociera. Małe pazurki po korze, niby wiewiórka, ale mnoga.

Trwa to dzień, dwa, trzy. Mam wrażenie, że osypuje się las. Bez przerwy, nieustannie drapie w uszy, choć nie jest to dźwięk męczący. Nigdy przedtem go nie słyszeliśmy. Teraz, kiedy jesteśmy tu znacznie dłużej, dociera do nas nowa mowa lasu. Tej jednak nie znamy. Każda chwila przerwy w pracy, każdy moment niby-ciszy jest przepełniony tym dźwiękiem. Omam? Natręctwo?

Siedzimy dzisiaj przy południowej kawie wzmocnionej gevürztraminerem i wsłuchujemy się, patrząc w las. W pewnej chwili na stole zaczynają osiadać niewielkie niby-strączki z czymś na kształt piórka z jednej strony. Las zaczął wielkie sianie. Z szyszek wypadają kandydatki i kandydaci na nowe sosny i świerki. Lecą stadem, padając wszędzie. Za kilka miesięcy będzie wokół nas wiele nowych, soczyście zielonych pędów. A my będziemy chodzili po lesie i je wyrywali.

Otagowane:  

25 marca 2017 – długa, jałowa podróż

Dodano 25 marca 2017, w Bez kategorii, przez cichy

Dzień pierwszy

Znowu dałem się namówić na wyjazd. Już nie wiem, czy to pazerność, czy też pogoń za przygodą. Wmawiam sobie, że to drugie.

Jadę do Koszalina do sądu za L. Do Kołobrzegu pędzi już Pendolino i to z Krakowa! Prawie pięć godzin jazdy, ale przynajmniej jednym pociągiem. W Koszalinie ciemno. Idę do hotelu, gdzie wydaje się, ze nikogo nie ma. Pustawo i dosyć smutno. Ostatnio łapię się, że chcę rozmawiać z ludźmi. Ot, byle rozmawiać. Rozmowy te są miałkie, ale przynajmniej jest kontakt.

Dzień drugi

Ranek pochmurny. Trochę kropi. Ludzi na ulicy mało. Śniadanie bylejakie. Idę spacerem do gmachu sądu. trochę pod górkę, trochę w dół. Smutno. Wewnątrz też pusto. Gmaszysko jest ogromne. Mieści się tutaj wiele instytucji publicznych. W oczy rzuca się tablica z napisem „Instytut Pamięci Narodowej”. Może dlatego, że jest na wysokości, z której jestem w stanie ją odczytać. Pozostałe są dla mnie zagadką.

Rozprawa o kopanie w samochód i pobicie. Nie ma oskarżonego. Jest jeden świadek. Mam więc okazję si.ę popisać i tłumaczę jedynie: „odmawiam składania zeznań”. No i już. Sędzia zwalnia mnie dopiero wtedy, kiedy rozprawa się kończy. A więc zarabiam 105,80 brutto. Same koszty to około pięciuset złotych (przejazd i podróż).

Do Poznania mam słabe połączenia. Autobusów nie ma, jedynie pociąg, na który muszę czekać trzy godziny. Organizuję czas kawą i książką w postaci elektronicznej. Sama jazda jest długa, kible śmierdzą albo moczem, albo papierosami. Czytam. Znowu kilka książek naraz.

W Poznaniu zatrzymuję się w „Palazzo Rosso”, hotelu wynajętym przez mojego zleceniodawcę. Położony w centrum miasta w dwu odnowionych kamienicach. Przytulny i bardzo czysty. Pokoje dosyć małe, ale to nie problem. Na parterze włoska restauracja, a w piwnicy pizzeria i winiarnia. Bardzo tam przyjemnie. Pizza rzeczywiście świetna. Po raz pierwszy nie zapytano mnie, na jakim cieście sobie życzę. Przecież pizza jest ZAWSZE na cienkim cieście. To samo z turecką pide. Popijam więc wino, rozmawiam z niezwykle miłym personelem i jest mi mieszczańsko dobrze. Zasypiam błyskawicznie. Rano trzeba wstać i w drogę.

Dzień trzeci

B. dzwoni, że już jadą. Jest Ford Transit (to się nazywa „Berliński Express”). Zbieramy po drodze kolejnych uczestników i w drogę. Jeden z nich wiezie analizator i martwi się, jak go potem wywieźć z Turcji. A poza tym jest to skomplikowane urządzenie, które może wywołać niezdrowe zainteresowanie służb bezpieczeństwa.

Do Świebodzina jedziemy równo. Mamy samolot o pierwszej, a więc jest sporo czasu. Pogadujemy o tym i owym, moi zleceniodawcy rozmawiają nieustanie, ale krótko, przez telefony, bo ciągle się coś zmienia. To duża firma pomiarowa, a więc ma co robić nawet w Turcji.

W pewnej chwili zwalniamy, a w końcu stajemy. Okazuje się, że jakieś sto metrów przed nami wydarzył się wypadek. Samochód osobowy uderzył w tył serwisowej półciężarówki Autostrady Wielkopolskiej, zgniatając ją w harmonijkę. To cud, że kierowca wyszedł z tego cało. W półciężarówce nie było nikogo. No i zaczęło się oczekiwanie. Najpierw przyjechała straż. Korek sięgał już kilku kilometrów. Nikt nie zapewnił albo wyscofywania, albo otwarcia barier i uruchomienia jednego pasa z drugiej strony. Przyjechała straż pożarna. Za nami też zdarzył się wypadek. Podobno kieriwca miał zablokowane nogi. Stoimy. Potem przyjechała policja. Kierowcę, który spowodował wypadek, karet odwiozła do szpitala. Trzeba było stwierdzić, czy ma obrażenia, bo w takim wypadku zdarzenie zostanie zakwalifikowane jako „wypadek” a nie jako „kolizja”. Trwa to wszystko ponad trzy godziny. Przyjeżdżają technicy, którzy na kartce papieru rysują szkic wypadku. Nie ma mowy o zdjęciach i aplikacjach wyliczających drogę hamowania. Nic nie ma.

A my tracimy samolot za samolotem. Wreszcie ruszamy. Udaje się zarezerwować samolot odlatujący do Stambułu o dziewiętnastej.

Lecimy THY i lądujemy w Stambule po północy tamtejszego czasu (dwie godziny różnicy). Kolejka cudzoziemców do odprawy paszportowej jest niezwykle długa. Myślałem, że o tak późnej porze będzie już spokój. Przechodzimy wreszcie i udaje się nam zdążyć na ostatnie ruchy taśmy bagażowej.

Hotel jest w pobliżu, ale taksówkaż nie wie, jak tam dojechać. M. włącza nawigację i wtedy wszystko się wyjaśnia. Podrzędny hotel, ale blisko lotniska.

Dostajemy pokoje. Mój tak śmierdzi papierosami, że muszę go wymienić. Otwarte okno przyprawia mnie o ból głowy. Chociaż wychodzi na uliczkę, to co chwila przejeżdżają nią ciężarówki. Ryk w pokoju jest nie do wytrzymania. Zamknięcie okna powoduje od razu zaduch. Miotam się więc w półśnie.

Dzień czwarty

Zawirowania z naszym przyjazdem powodują, że musimy przesuwać rozmowy na popołudnie. Po nędznym śniadaniu jedziemy na lotnisko, a stamtąd do Sivasu. Lot jest spokojny, bo nad Turcją pogoda bazchmurna. Samolot jest pełny. Coraz więcej kobiet w czarnych płaszczach i chustkach na głowie.

Wita nas śnieg na polach. Leży w wyżej położonych miejscach. Jest kilka stopni powyżej zera. Wynajętym samochodem jedziemy kupić ozdobne torebki na prezenty. Nie możemy ich nigdzie znaleźć. Miotamy się po centrum, ale nikt nie umie nam pomóc, bo to element tu nieznany. Wreszcie znajdujemy dosyć ozdobny papier.

Jedziemy do Kangal. To dziewięćdziesąt kilometrów. Tam już na nas czekają. Turcy wybudowali kolejny odcinek dwupasmowej drogi. Idzie im to znakomicie. Krajobraz jak zwykle ponury, jedynie śnieg go trochę ożywia.

Zaczynamy dyskusję w ogronie przegrzanej sali. Może to element negocjacji, a może tylko chęć ogrzania się. Na zewnątrz jest rzeczywiście zimno, ale powietrze jest przejrzyste i ostre. Negocjacje też są ostre, ale obydwie strony się usztywniły i nic z tego nie wyszło. Około ósmej kończymy z niczym. Powrót do Sivasu to znowu ponad godzina jazdy.

Okazuje się, że dziewczynka w recepcji, która udawała, że rozumie po angielsku, zlikwidowała nam rezerwację. Miała tylko ją przesunąć. Teraz już nie ma miejsca. P. wpada we wściekłość. Jedziemy do poleconego przez nią hotelu. Jest czysty, ale nie ma restauracji, a my od rana nic nie jedliśmy. Wracamy więc do kolegów z „Büyük Otel”u (w czasie mojej nieobecności pojawił się tu również Hilton) na kolację. Sala zupełnie pusta. Przy jednym stoliku siedzi grupa Turków popijających rakı.

Z prezentów pozostaje nam jedna żubrówka, którą wypijamy w sześciu z sokiem jabłkowym. Nocne Polaków rozmowy też jakoś mało polityczne. Bardziej gadamy o świecie, jego powstaniu, bozonach Higgsa niż o polityce. Trochę się jednak o niej mówi. Nasz główny ideolog też jakoś zmarniał. Może zmęczony, a może mu się trochę odwidziały obecne rządy. Idziemy spać po dwunastej. Trzeba znowu wstać rano.

Dzień piąty

To już tylko powrót. Sivas – Stambuł bez kłopotu. Potem krótkie oczekiwanie na samolot do Berlina. Lecimy firmą Pegazus i lądujemy na Sabiha Gökçen. To całkiem spore lotnisko, a ruch na nimjak na lotnisku Atatürka. Większość lotu przesypiam.

„Berlin Express” już czeka. Znowu śpimy. Wysiadam w Świebodzinie, czekam godzinę i mam pociąg do Poznania, a potem od razu do Warszawy. TLK jest pełne. Jakiś Hiszpan prowadzi długą biznesową rozmowę przez telefon. Zracam mu uwagę i przestaje. To ma swoje złe strony, ponieważ telefony dzwonią, a wszyscy wychodzą, przeszkadzając w drzemce. Do domu docieram około dziewiątej. Uf!!!

Otagowane:  

  • RSS